Dokonało się. Jan Urban zatańczy na cienkim lodzie

0
jan urban selekcjoner

Jan Urban to postać powszechnie lubiana i ceniona. Był tak oczywistym polskim wyborem – poza Maciejem Skorżą (ten odmówił zgodnie z oczekiwaniami) – że łapiemy się za głowy, jakim cudem Cezary Kulesza postanowił ugotować całkiem smaczne danie, nie wrzucając tam papryczki chili. Miłościwie nam panujący prezes zdawał sobie sprawy, że nie czas na podszczypywanie gawiedzi i eksperymenty społeczne. Ostatni zakończył się kompletną klapą, więc Kulesza odwrócił w końcu uwagę od siebie, dokonując logicznego wyboru. A czy można było wybrać lepiej w tym momencie?

Nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie, czy w obecnym czasookresie funkcja selekcjonera to bardziej zaszczyt czy kula u nogi. Ale skoro dokonało się, to znaczy, że Jan Urban lubi wyzwania albo nie lubi bezczynności. Może obie opcje są poprawne. Tak czy inaczej, Panie Janie – gratulacje. Już kilka razy był Pan przymierzany do tego garnituru z naszywką loga PZPN, że czas w końcu powiedzieć „sprawdzam”.

Dawno nie było takiej sytuacji, kiedy kandydat na selekcjonera zbierałby same pochlebstwa. Każdy zaczynał z wątpliwym kredytem zaufania. Zwłaszcza od kiedy Social Media zawładnęły naszym życiem.

No to zacznijmy od Euro 2012.

Fornalik był logicznym wyborem. Na ekstraklasowym poletku był niezniszczalny. Pracowity, lojalny, ale ostatecznie ranga reprezentacji go przerosła. On jednak lepiej odnajduje się w codziennie orce w polu niż na reprezentacyjnym bankiecie. Rzemieślnik, któremu zabrakło charyzmy. Trafił na rozbitą kadrę, której nie potrafił dźwignąć.

Adam Nawałka. Namaszczony w 100% przez Bońka. Jego człowiek. Były prezes PZPN wziął na siebie całkowicie tę odpowiedzialność. Wybrał trenera bez ogromnych sukcesów na arenie polskiej. Zdobył z Górnikiem Zabrze 5 miejsce i to tyle. Wybór nieoczywisty. A pierwsze mecze pod jego wodzą to był casting totalny. Przewinęło się przez niego tuziny grajków ekstraklasowych. Szukał, szukał i szukał. Coś jak Marek Papszun w Rakowie. Obaj dostali sporo czasu i w końcu wyszło dobrze. Nawałka miał swoich żołnierzy, który nosili fortepian gwiazdom. Ta maszyna była dobrze naoliwiona. Dobrze wyważona, zarówno w DEFENSYWIE, jak i w OFENSYWIE. Balans. Stabilizacja. Każdy wiedział, jaka jest hierarchia na danej pozycji

Jerzy Brzęczek. Przyszedł w trudnym momencie. Rozbita kadra po MŚ w 2018 roku. Przychodzi do klasy nowy nauczyciel, zastępując znanego i lubianego pupila piłkarzy. Niełatwa rola. Od razu wskoczył na tego konia i – wbrew pozorom – to początki były bardzo optymistyczne. Mecze z Portugalią i Włochami przyjemnie się oglądało. Potrafił połączyć styl z wynikami. I później coś mu się w głowie poprzestawiało. Poszedł w pragmatyzm. Zakręcił piłkarzom kurek z kreatywnością, a postawił na skuteczność. Wygrał w cuglach grupę eliminacyjną, ale męczył nas wszystkich. Postarzeliśmy się z 10 lat. Piłkarzom coraz mniej odpowiadał taki styl gry. Wygrywali, ale się nie uśmiechali. Wygrali grupę z niesmakiem, a kiedy przyszła pandemia, to było jeszcze gorzej. Najpierw pokiereszowani przez COVID, a później przez przeciwników w Lidze Narodów. A na koniec Robert Lewandowski zamilkł na 8 sekund i było po sprawie. Dawać następnego.

Paulo Sousa. Siwy bajerant zaczarował nas swoimi konferencjami. Do tej pory selekcjonerzy woleli się nie wychylać na takich spędach. Byli oszczędni w słowach, żeby czegoś nie chlapnąć. Być może to była słuszna taktyka. Adam Nawałka miał z tego profesurę. Sousa to jednak inny typ osobowości. Lubi błyszczeć przed kamerami. Lubi kwieciste mowy. Podobno drużyny dostosowują swój styl gry pod temperament trenera. Tutaj było podobnie. Dużo szumu, czasem wtopa, ale generalnie kadra nie bała się nikogo. Nie było idealnie, ale remisowaliśmy z drużynami z wyższej półki, nie broniąc Częstochowy przez 90 minut. Na lepszych potrafiliśmy się motywować. Na słabszych zabrakło gardy pokory. Sousa taki był. Tamta kadra taka była. Bardzo nierówna. Na pewno nie nudziliśmy się przed telewizorem, a to już była miła odmiana po Brzęczku. I wydaje się, że tym nas kupił, bo wyniki miał gorsze, a w chipsach wylosował uczestnictwo w Euro 2020/2021. I totalnie nas skompromitował. Zdobyliśmy 1 punkt. I to oczywiście z lepszym rywalem. Szalona to była kadencja. Nie zapomnimy jej nigdy.

Czesław Michniewicz. Człowiek-zadaniowiec. Mam utrzymać Podbeskidzie w lidze? Proszę bardzo. Mam awansować z Legią do fazy grupowej pucharów? Nie ma sprawy. Mam awansować z Polską na MŚ? Robimy to. Człowiek o dwóch obliczach. Kiedy idzie dobrze – anegdociarz. Dusza towarzystwa. Kiedy pojawia się presja i – nie daj Boże – kryzys formy, wtedy potrafi grzmieć i walić pierunami we wszystkich dookoła. Nie potrafił trzymać ciśnienia. W większości odchodził z drużyn pokłócony ze wszystkimi, którzy mają inne zdanie od niego. Nawet studia telewizyjnego (słynny konflikt z Pawłem Paczulem). Stylu też nie trzymał na boisku. Przepychaliśmy mecze, a mecze na MŚ to był prawdziwa rzeź dla naszych oczu. Krwawiły. Zabrano nam radość. Zarówno kibicom, jak i piłkarzom. Michniewicz kochał sztuczki. Niestety głównie te defensywne. Nie rozwijaliśmy się w żaden sposób. Grając cały czas bezpiecznie nie da się czerpać przyjemności, a to jest niezbędne do wznoszenia zespołu na wyższy poziom. Idealny trener do odhaczania krótkoterminowych wyzwań. W dłuższej perspektywie męczące podejście do futbolu.

Fernando Santos. Do zapomnienia. Wszystko źle. Tory też były złe. Duże rozczarowanie.

Michał Probierz. Z jednej strony charakterny gość, a z drugiej twórca oblężonej twierdzy. Lubił zabawy z dziennikarzami. Pod tym względem wpisał się w klimat aktualnego PZPN-u. Potrafił zaskakiwać wyborami piłkarzy. Stawiał na młodych (Zalewski, Urbański), ale jak się na kogoś uparł, to nie ma przebacz. Nie umiał wprowadzać zawodników do kadry. Od razu na głęboką wodę, a później do skasowania. Cały Michał Probierz. Jazda bez trzymanki. A na końcu to już nie było trzymania ciśnienia. Obrażał się na każde pytanie, widział wszędzie wrogów. Pod wieloma względami podobna kadencja co Michniewicza. Do pewnego momentu kadra się rozwijała, wyglądaliśmy przyjemnie dla oka (okres do Euro 2024), a w kolejnym okresie już nie dało się na to patrzeć. Zero pomysłu, zero rozwijania piłkarzy. Wyglądaliśmy fatalnie. Bez żadnego stylu i wypracowanych schematów. Wszyscy się tam męczyli strasznie. A najbardziej kibice. Miłe złego początki.

Jan Urban. Człowiek zagadka. Umie w miękkie kompetencje i budowanie zawodników. Spod jego skrzydeł wypłynęło sporo młodych grajków (zwłaszcza w Legii i Górniku), którzy później odchodzili za porządne pieniądze. Potrafi oczarować zawodników, by później w nich przywalić stanowczo, co było widać w seriali Canal+.

Emocjonalne proporcje odpowiednio dobrane. To może przydać się zwłaszcza teraz. Chyba najtrudniejsze wejście do kadry, jakie można sobie wyobrazić. W trakcie eliminacji, po kompromitującej porażce z Finlandią i aferą kapitańską. Ma wiele pożarów do zgaszenia i nie może liczyć na to, że czas uleczy rany. Część spraw trzeba wyjaśnić i rozmasować, a atmosferę zbudować. Podobnie jak mental naszych piłkarzy. Ten widziany jest w szczątkowych ilościach.

Może Urban nie jest idealnym materiałem na selekcjonera, ale jest idealne na obecne czasy. Trzeba kogoś z dużą charyzmą, ale potrafiącego dotrzeć do piłkarzy. Kogoś o zupełnie innej charakterystyce niż poprzedni szkoleniowcy, bardzo zamknięci. Wziął sobie jako asystenta poważnego zawodnika na rynku, czyli Jacka Magierę, co też świadczy o tym, że nie chce być jednoosobowym liderem, który nie liczy się ze zdaniem innych. Jestem ciekawy tej kadencji. Powiedzieć, że to będzie specyficzny czas dla selekcjonera, to tak jakby nic nie powiedzieć. Zaczyna dość grubo i odważnie. Wyjazd do Holandii i później od razu mecz o wszystko z Finlandią. Wziął na siebie długi poprzedników. Strażak żyrant. Powodzenia selekcjonerze!

Zdjęcie: Jan Urban (2025), źródło: Polski Związek Piłki Nożnej, licencja CC0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *