michał probierz

Kiedy Michał Probierz obejmował reprezentację, miał być jak espresso – mocny, konkretny, pobudzający. Tymczasem kibice coraz częściej po meczach kadry skarżą się na piłkarską niestrawność. Zamiast nowej jakości, dostaliśmy dobrze znany film z nowym lektorem. Wracają demony z czasów Santosa – reprezentacja gra bezbarwnie, bez pomysłu, bez charakteru. Trudno na to patrzeć, trudno temu kibicować, jeszcze trudniej patrzeć z nadzieją w przyszłość. Klasyczny reprezentacyjny niedasizm ma się dobrze. Stajemy się zakładnikami własnych, coraz niższych oczekiwań.

A przecież nie brakuje nam piłkarzy – patrząc choćby na skład za czasów śp. Leo Beenhakkera, widać, że nie jesteśmy skazani na przeciętność. Tylko że coś w tej maszynie nie działa. Pytanie brzmi: gdzie są największe rezerwy? Oto siedem grzechów głównych Michała Probierza, które blokują potencjał tej reprezentacji.

Fot. Laczynaspilka.pl

Rotacja dla rotacji

Probierz lubi płynąć pod prąd. Lubi zaskakiwać, mieszać, komplikować – i dziennikarzom, i kibicom.. Nie można mu odmówić charakteru. To selekcjoner z osobowością – twardy, bezkompromisowy, przekonany o swojej racji. Ale też… zamknięty na podpowiedzi i głosy z zewnątrz. Każde krytyczne pytanie traktuje jak atak. A przecież wszystkim nam chodzi o jedno – o dobro reprezentacji. Emocje, pytania, wątpliwości – to oznaki zaangażowania, nie osobista niechęć.

Problem w tym, że Probierz zdaje się tego nie widzieć. Traktuje reprezentację jak własny projekt, w którym nikt nie ma prawa mu przeszkadzać. I to może byłoby do zaakceptowania – gdyby za tą wizją szły efekty. Styl. Progres. Tymczasem jesteśmy coraz bardziej pogubieni. A przecież Probierz nie jest już nowicjuszem – prowadzi kadrę od września 2023 roku. Okres próbny minął, a my nadal obserwujemy eksperymenty, nieprzewidywalność i chaos. Zamiast stabilnego organizmu – ciągła improwizacja.

Przed każdym meczem nie wiemy, czego się spodziewać. Kto jest podstawowym obrońcą, kto liderem środka pola? Nie ma trzonu. Nie ma hierarchii. A piłkarze – miotani między zgrupowaniami – też w końcu się w tym gubią.

Adam Nawałka również potrafił zaskakiwać – powołaniami Olkowskiego, Ćwielonga, Pawełca czy Wilusza – ale z czasem wykrystalizował skład. Widać było system. Zawodnicy wiedzieli, z kim rywalizują, co muszą udowodnić. Teraz? Panuje bałagan. Zmiany, zmiany, zmiany – bez efektu. A my się cofamy.

Wymyślanie problemów, których nie ma

Probierz to postać wyrazista. Bez dwóch zdań. Ostry język, cięte riposty, bezkompromisowe podejście. Ale im więcej mówi, tym częściej się gubi. Transparentność? Znika w gąszczu niedopowiedzeń.

Przykład? Matty Cash. Temat rzeka. Probierz mógł raz a porządnie wyjaśnić, czemu obrońca Aston Villi nie jest powoływany. Ale nie. Zamiast konkretów – frazy o selekcjonerskiej autonomii. Aż kipiało od niedopowiedzeń: zdrowie? charakter? język? wizja gry? Tego się nie dowiedzieliśmy. A im dłużej trwała cisza, tym więcej spekulacji. Wystarczyło kilka słów – i byłby spokój.

Podobnie było z bramkarzami. Probierz ogłosił zamkniętą listę czterech golkiperów, niezależnie od formy innych. Czyli bramkarska hierarchia zabetonowana – niezależnie od wyników, niezależnie od konkurencji. Jaka to motywacja dla innych bramkarzy?

Do tego dochodzi Kamil Grabara – talent, potencjał, charyzma. Został nawet „namaszczony” przez samego Szczęsnego. A mimo to selekcjoner trzyma się swojej wersji i nie chce o tym dyskutować. I znów – zamiast merytorycznej rozmowy, słyszymy: „bo tak”. Grabara może mieć trudny charakter – jak kiedyś postrzegano Szczęsnego. Ale warto przypomnieć, że dziś Wojtek jest jednym z najważniejszych piłkarzy w historii tej kadry. Może warto dać innym szansę przejść podobną drogę?

Podwójne standardy

Nie grają w klubie, a są w kadrze? To problem stary jak świat. Ale Probierz dodatkowo go komplikuje. Bo jednych trzyma, innych skreśla – bez jasnych reguł.

Nicola Zalewski – mimo niewielkiej liczby minut w klubie – w reprezentacji błyszczy. Bierze grę na siebie, drybluje, walczy. Widać, że został ukształtowany poza granicami Polski – piłkarsko i mentalnie.

Kacper Urbański na Euro? Grał niewiele, ale Probierz nie miał z tym problemu. Na kolejnym zgrupowaniu – zero minut, a uzasadnienie? Brak minut w klubie. Nonsens.

Jeszcze większy zamęt panuje w przypadku Jakuba Modera. Po powrocie z kontuzji długo nie grał w klubie, a w kadrze dostawał szanse. Czemu? Bo „chcemy mu pomóc”. Tyle że reprezentacja to nie fundacja. To miejsce dla najlepszych. Dla tych, którzy dają z siebie wszystko na treningach i w meczach. Jeśli selekcjoner raz uznaje, że brak minut nie jest przeszkodą, a innym razem – że to decydujący argument… to jak ma zbudować zaufanie?

Brakuje tu logiki. Brakuje konsekwencji. I przez to selekcjoner niepotrzebnie wystawia się na ogień krytyki.

Oblężona twierdza

Michał Probierz nie lubi niewygodnych pytań. Gdy tylko rozmowa schodzi na tematy trudne, zamyka się. Czuje się atakowany. Zamiast rzeczowo odpowiedzieć – przyjmuje postawę oblężonej twierdzy.

Problem polega na tym, że… nikt go nie atakuje. Dziennikarze pytają w imieniu kibiców. Chcą wiedzieć, co się dzieje. Dlaczego ten nie gra, czemu tamten nie został powołany. Zwykłe pytania. A Probierz reaguje alergicznie – unika odpowiedzi, zbywa, ucina temat. W efekcie każdy wywiad zamienia się w słowną przepychankę.

Zamiast merytorycznych odpowiedzi – ogólniki. Zamiast strategii komunikacyjnej – emocje, żal, frustracja. Tymczasem mógłby pójść śladem Nawałki – mówić rzadko, konkretnie, przemawiać grą zespołu. Ale Probierz chce mówić. Problem w tym, że nie zawsze ma coś istotnego do powiedzenia.

Jeśli Michał Probierz naprawdę chce poprowadzić tę reprezentację do sukcesu, musi zrozumieć, że nie jest samotnym rewolucjonistą na froncie. Musi znaleźć wspólny język z dziennikarzami, z kibicami, ale przede wszystkim – z własnymi piłkarzami. Bo na razie to wszystko przypomina poligon prób. A my, kibice, zamiast emocji – coraz częściej czujemy obojętność.

Z odwagą na pokaz

Michał Probierz od początku swojej pracy z reprezentacją chętnie podkreślał, że nie boi się stawiać na młodych. I rzeczywiście – początki dawały nadzieję. Była odwaga, był Kacper Urbański, był Zalewski w roli lidera. Ale im dłużej trwa ta selekcjonerska kadencja, tym bardziej Probierz dryfuje w stronę zachowawczości. Zamiast budować przyszłość, zaczyna powielać stare błędy – rzuca zawodników na głęboką wodę, a potem… zapomina o nich.

Najlepszy przykład? Mateusz Bogusz. Po bardzo solidnych występach w MLS dostaje szansę w meczu z Portugalią – wyjazd, pełne trybuny, rywal z najwyższej półki. Gra? Przeciętna. Ale trudno się dziwić – większość by poległa w takich warunkach. Zamiast dać mu czas, stopniowo wprowadzać, Probierz po jednym meczu skreśla zawodnika i na kolejne zgrupowanie już go nie powołuje. A teraz ponownie po niego sięga. Przy takiej huśtawce trudno budować stabilizację w kadrze. Podobnie z Maxiem Oyedele – kilka dobrych spotkań w Legii i nagle – boom – mecz z Portugalią w pierwszym składzie. Rozumiem problem ze środkiem pola, ale tak się młodych nie buduje. Tak się ich spala. To musiało się tak skończyć.

A przecież ostatni dwumecz – z Maltą i Litwą – był idealną okazją, by dać czas i przestrzeń młodszym piłkarzom. Mimo to Kacper Urbański nie zagrał ani minuty. Inni obiecujący zawodnicy – jak Kozubal, Faberski, Gurgul – nawet nie zostali powołani. Przeciwko piłkarskim outsiderom gramy składem jak na Niemcy czy Francję. A wyglądaliśmy jak za Santosa. Gdzie tu miejsce na rozwój, na ryzyko, na myślenie długofalowe?

Sam Robert Lewandowski publicznie mówił, że w kadrze powinno się znaleźć kilku 18–19-latków, którzy mogliby choćby poczuć atmosferę kadry i przygotować się do przyszłych wyzwań. Ale Probierz, zamiast wykazać się odwagą, która była jego znakiem rozpoznawczym, coraz częściej wybiera bezpieczne, przewidywalne rozwiązania. Problem w tym, że zachowawczość nie daje postępu. A tej kadrze najbardziej brakuje właśnie odwagi z początku kadencji Probierza – tylko tym razem nie na pokaz, a z prawdziwą wiarą w młodych. Adam Nawałka robił to perfekcyjnie, budując swoich żołnierzy. I kiedy trzeba było iść na wojnę, to miał ich za sobą – pierwszych do wskoczenia w ogień.. Wiedział na co ich stać, wiedział, jakie mają ograniczenia, a oni dawali z siebie 120%. Nawet kiedy forma jest w dołku, to wtedy mogli wydobyć z siebie pokłady ambicji, bo wiedzieli, że wiara selekcjonera, to nie tylko puste słowa. On naprawdę w nich wierzył.

Brak stylu, brak tożsamości

Trudno powiedzieć, jak gra reprezentacja Michała Probierza. Szybki atak? Pressing? Kombinacyjna gra środkiem? A może skrzydła? Nic z tych rzeczy nie jest konsekwentnie realizowane. Kadra jest nijaka. Gramy tak, żeby grać. Żeby przepychać mecze kolanem, a nie dominować. Nawet z Litwą i Maltą czułem niepokój, a przecież od początku spotkań powinniśmy widzieć dominację i chęć przewalcowania rywala.

Brakuje spójnej wizji, fundamentu, wokół którego można by budować. Mecze są rwane, chaotyczne, nieprzyjemne dla oka. Czasem wyjdzie indywidualna akcja, czasem stały fragment – i to wszystko. Opieramy się w swojej grze na błysku geniuszu jednostek. Jeśli Lewandowski ma gorszy dzień, jeśli Zalewski i Zieliński mają kontuzję, a Urbański siedzi na ławce, wtedy jest to przesadnie widoczne. A przecież po latach stylistycznej mizerii kibice czekali na choćby zalążek pomysłu.

Probierz miał być architektem nowej reprezentacji – młodej, dynamicznej, grającej z charakterem. Tymczasem mamy zlepek nazwisk, bez liderów, bez struktur, bez tożsamości. A jeśli nie ma stylu, to każdy słabszy mecz wygląda jak dramat, a każdy lepszy – jak przypadek. I trudno wtedy mówić o długofalowym rozwoju.

Motywacja na jedno kopyto

Jednym z mocniejszych punktów startu Michała Probierza była jego zdolność do budowania atmosfery i mobilizacji zespołu. Styl prosty, konkretny, bez owijania w bawełnę – taki, który pasował do barażu z Walią. W tamtym momencie potrzebowaliśmy kogoś, kto przywróci drużynie tożsamość, podniesie głowy, trafi do szatni. I Probierz trafił. Emocje, autentyczność, energia – to wszystko robiło wrażenie.

Problem w tym, że z czasem ten styl zaczął się wyczerpywać. Oglądając kolejne vlogi „Łączy nas piłka”, trudno nie zauważyć, że Probierz wciąż korzysta z tego samego zestawu słów, tych samych motywacyjnych chwytów, tej samej narracji. Nie ma świeżości, nie ma zaskoczenia, nie ma elastyczności. Zamiast dopasowania przekazu do sytuacji, przeciwnika, nastroju zespołu – powtarzalny monolog o honorze, zaangażowaniu i walce do końca.

Ciągle słyszymy, że piłkarze „muszą uwierzyć w siebie”. Tyle że te słowa – bez realnych działań – zaczynają brzmieć pusto. Jak Bogusz ma uwierzyć w siebie, skoro po jednym trudnym meczu z Portugalią jest odsuwany i nie dostaje szansy na kolejnym zgrupowaniu? Jak Oyedele ma poczuć się częścią drużyny, skoro po trudnej przeprawie w debiucie nagle znika z radarów? Jak młodzi zawodnicy mają rosnąć, skoro nawet na mecze z Maltą i Litwą nie są powoływani?

Probierz mówi o wierze, ale nie daje fundamentów, by ta wiara u piłkarzy się zbudowała. A kiedy grunt zaczyna się osuwać pod nogami – selekcjoner wraca do dobrze znanych nawyków. Do tej samej retoryki, do tych samych wyborów, do zachowawczego stylu. Coraz mniej w nim naturalnego ognia, charyzmy, za którą zawodnicy szli przed Euro 2024. Tam było czuć ten żar, co przełożyło się na udane sparingi z Ukrainą i Turcją.

Co gorsza – to już nie tylko słychać, ale i widać. Nawet Robert Lewandowski coraz częściej publicznie punktuje niektóre braki czy niezrozumiałe decyzje. A skoro już kapitan pozwala sobie na krytykę na forum, to można się tylko domyślać, co mówi się w kuluarach, między zawodnikami.

Taka atmosfera nie sprzyja zespołowi, który miał iść za trenerem w ogień. Bo trzeba wierzyć nie w słowa. W człowieka. A z tą wiarą, z meczu na mecz, jest coraz trudniej.

Fot. Piotr Kucza // CC BY 4.0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *