Lech Poznań obnażony w drugiej połowie. Crvena Zvezda bliżej awansu
Mikael Ishak during PKO BP Ekstraklasa game between teams of Lech Poznan and Gornik Zabrze at Enea Stadion, Poznan, Poland (Maciej Rogowski) — Stock Editorial Photography
Świetne 25 minut pierwszej połowy to za mało, żeby uciszyć Crvenę Zvezdę. Rywal przetrwał napór „Kolejorza” i w drugiej połowie z zimną krwią odebrał nam nadzieję na awans do kolejnej rundy eliminacji LM. Miał to być magiczny wieczór z niespodzianką, a skończyło się rozczarowaniem. Zwłaszcza drugą połową, kiedy to Lech głównie statystował, nie miał pomysłu jak rozbić szyki defensywne rywala. Skończyło się boleśnie, a wcale nie musiało tak być.
Czy wynik odzwierciedla boiskowe działania? Nie do końca. Tym bardziej, że bramki na 1:2 i 1:3 wpadałby po niefortunnych interwencjach gospodarzy. Najbardziej bolesna była strata Joela Perreiry, który w prosty sposób oddał rywalowi piłkę, a ten chwilę później wpakował piłkę do siatki. To był symbol tego meczu. Crvena Zvezda – niczym rasowy gracz – wykorzystywała każde potknięcie Lecha. Są doświadczeni na tym podwórku. Wiedzą, kiedy przyspieszyć, kiedy odpuścić, jak zawęzić środek pola, żeby utrudnić rywalowi. Stare lisy. Wyszło doświadczenie. Lech zapłacił frycowe. Nawet kiedy fragmentami dominował w pierwszej połowie, to Crvena i tak przetrzymała napór i w drugiej połowie już lepiej zabezpieczała tyły i eliminowała niedociągnięcia. Szybko korygowali ustawienie.
Czy można było lepiej?
Od początku Lech wyglądał na drużynę bardziej spiętą, mniej doświadczoną. Proste straty biły po oczach. Lech wiedział, że tylko mecz u siebie jest dla nich jakąkolwiek nadzieją na awans. Widać to było po ustawieniu taktycznym. Bardzo ofensywnym. Nic dziwnego. Chcieli dominować na własnym boisku. Niels Frederiksen odrobił lekcję i wiedział, co go spotka na wyjeździe. Nawet dużo lepsze marki potrafiły kompromitować się na słynnej belgradzkiej „Marakanie”. Kocioł potrafi plątać nogi.
Zamysł był dobry. Ofensywnie usposobiona drużyna z mocno napierającymi napastnikami, w postaci Ishaka i Palmy. Nie można było odmówić im ambicji i woli walki. Przez pełne 90 minut stosowali agresywny pressing, dając sygnał kolegom, że Crvena nie jest taka straszna, jak ją malują. Trzeba ją tylko napocząć. Koledzy nie do końca poszli za sygnałem. Ewidentnie zabrakło w Lechu charakteru w środku pola. Brak Murawskiego i Sousy widać było gołym okiem. Zwłaszcza w spotkaniu, gdzie trzeba – do jakości ofensywnej – dorzucić więcej walki i gryzienia murawy. Lech wczoraj w drugiej linii był zbyt grzeczny, a Jagielle zabrakło jakości piłkarskiej, żeby liderować w takim meczu.
Czy można było wygrać wczorajszy mecz? Tak, ale pod warunkiem, że Lech otarłby się o perfekcję i zagrał swój najlepszy mecz od wyjazdowego meczu z Fiorentiną. Tutaj trzeba było wyszarpać to zwycięstwo, licząc na przebłyski geniuszu.
Kiedy Lech złapie optymalną formę?
Nawarstwiło się zbyt dużo problemów, żeby liczyć na awans do Ligi Mistrzów już w tym roku. Kontuzje (Murawski, Wallemark, Hakans), zawirowania transferowe (Sousa) i dużo nowych nazwisk w zespole (Skrzypczak, Gumny, Palma, Bengtsson, Moutinho). Za mało stabilizacji, żeby liczyć na pokonanie takiego doświadczonego rywala. Zbyt mało czasu na wypracowanie pewnych automatyzmów. Prawie połowa składu to nowi zawodnicy, a z ławki weszli kolejni. Trudno budować zespół, kiedy fundamenty się rozsypały. Trzon zespołu wycięty. Niels Frederiksen całkiem nieźle szyje z dostępnego materiału, ale jeszcze nie do końca go zna. Zawodnicy uczą się siebie nawzajem. Nie mogą jeszcze pewnych rozwiązań grać na pamięć. W tym sezonie warunki nie sprzyjały, żeby realnie powalczyć z rywalem takiej klasy. Mocno się zdziwię, jeśli w rewanżu będzie inaczej. Jestem ciekawy taktyki, jaką zaserwuje nam trener Lecha. Musi zaskoczyć przeciwnika, jeśli chce go pokonać na tak gorącym terenie. Musi zadzwonić do Johna van den Broma i podpytać o włoskie sztuczki z meczu z Fiorentiną. Inaczej tego meczu nie da się wygrać. Solidny występ nie wystarczy. Tutaj musi objawić się pierwiastek szaleństwa, wymieszany ze szczęściem, formą liderów i kiepskim dniem Crveny. Jeśli będą obijali słupki i poprzeczki, a Lechowi wszystko będzie wychodziło (np. taki strzał jak ten Gholizadeha wczoraj), to wtedy może zdarzy się „Cud na Marakanie”. Ale tylko wtedy. W każdym innym scenariuszu Lech nie da rady dokonać niemożliwego.